Home

Advertisement

Customize

Previous 20

Oct. 22nd, 2009

Niespodziewanka

Stwierdziłam dziś z niemałym zdumieniem, że w gruncie rzeczy, to te praktyki w szkole całkiem mi się podobają. O dziwo nienajgorzej się bawię przy ich okazji i nawet sprawia mi to wszystko jakaś tam radość. Samo przygotowywanie lekcji jest do bani, za to prowadzenie ich w klasie, na żywych eksponatach ;) to czasem całkiem niezła zabawa. Nie na tyle może, żeby zaraz lecieć zostawać nauczycielem, bez przesady, ale na pewno jest dużo lepiej, niż się spodziewałam. Dzieciaki w gruncie rzeczy są w porządku ("dzieciaki"... liceum, dorośli ludzie prawie, ahem ;). Niektóre grupy nieco trudniejsze w obsłudze i ciężej je rozruszać, ale z kolei z innymi sama radość, współpracują, a lekcja właściwie sama się prowadzi. Ogólnie wychodzę ze szkoły naładowana pozytywną energią tak, że aż się sobie sama dziwię :) Natomiast wiem już, że nie będę więcej po nocy przygotowywać lekcji na następny dzień, wstawać na zombiaka i wychodzić z domu po omacku - dzisiaj zasuwałam w okienku (miałam szczęście, że było!) do domu po handouty, które grzecznie czekały na mnie na drukarce, tak jak je tam zostawiłam wczoraj. Zdążyłam na styk. Do powtórki z rozrywki jakoś mi się nie spieszy :)

Sep. 28th, 2009

Praktyki

Pierwsze doświadczenie z praktykami w szkole - prawdziwymi, nie obserwacjami - już za mną. Poprowadziłam tylko dwa warm-upy, a i tak się zmęczyłam :) Pierwsza grupa była super i poszło jak po maśle, byli zainteresowani i w ogóle entuzjastycznie reagowali, zero problemów. Z drugą było trochę ciężej, nie wszyscy byli chętni do współpracy, ale jakoś poszło. Cieszę się, że na pierwszej godzinie trafiłam na grupę "łatwiejszą w obsłudze", bo dzięki temu na drugiej już byłam mniej zestresowana. Jak już się zacznie, to naprawdę to wszystko robi się mniej straszne ;)

Sep. 26th, 2009

Wspominki

Zupełnie nie-letnia temperatura sprawiła, że zatęskniło mi się za Chorwacją. Tydzień, który tam spędziliśmy w sierpniu utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma drugiego kraju z tak wspaniałym klimatem. Ciepło, ale nie tak gorąco jak w Grecji i nie tak wilgotno jak w Turcji. Dużo słońca, które grzeje, ale nie pali tak, jak bardziej na południu. Adriatyk, z przejrzystą wodą w kolorach od błękitu po zieleń. Wszędzie rosną oliwki, winogrona, granaty, figi. Cienkie, lekko kwaskowe białe wino, które można rozcieńczyć wodą i pić prawie jak oranżadę w ciepłe wieczory i noce, kiedy nie marznie się nawet w naprawdę cienkim ubraniu. Słodkie, soczyste owoce. Język momentami tak podobny do naszego, że można poczuć się u siebie, mając jednocześnie w zasięgu wzroku palmy.  Piękne starówki. Kamienice, przywodzące na myśl średniowiecze i miasta z wąskimi uliczkami, ściśnięte w obrębie murów. Wystarczy wejść w podwórka, żeby opuścić gwarną turystyczną strefę i znaleźć ciszę i chłód. Jedyna rzecz, której mi w Chorwacji brakuje, to naprawdę dobre jedzenie. Wszędzie jakieś takie... przeciętne, czegoś mu brakuje. I tu mogłabym płynnie przejść do tematu Japonii, gdzie jedzenie po prostu mnie zachwyciło. Ale to już temat na zupełnie inny, oddzielny wpis :) Dla tych, którzy chcą zobaczyć trochę więcej Chorwacji niż poniżej - link tutaj.












Sep. 17th, 2009

O tym, co wydarzyło się dziś rano

 Już od dwóch czy trzech dni nosiłam się z zamiarem napisania czegoś. Chciałam opisać podróż do Japonii i do Chorwacji, zaczęło się też coś dziać na uczelni. O tym pisałabym wczoraj. Ale dzisiaj... dzisiaj będzie o czym innym.

Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj wieczorem wyprowadziłam psa na spacer, a potem pojechałam do B. na noc. Miło spędziliśmy wieczór oglądając dwa odcinki serialu i wypijając po kieliszku wina, a rano, chociaż byliśmy niezbyt wyspani, to jednak uśmiechnięci. B. zjadł ze smakiem przygotowane przeze mnie kanapki, wypił herbatę, po czym pocałowawszy mnie na pożegnanie poszedł do pracy, ja natomiast zadowolona ruszyłam w drogę do domu, żeby znów wyprowadzić mojego pupila. Cieszyłam się rześkim, chłodnym powietrzem i słuchałam mojej ulubionej piosenki. Jednak w domu, kochany Pamiętniczku, zastałam niemiłą niespodziankę.

Okazało się, że pod moją nieobecność jebany sierściuch zostawił w czterech pokojach pięć potwornie śmierdzących gówien, w przewadze rzadkich, o najróżniejszych rozmiarach.  I chociaż, kochany Pamiętniczku, myślałam, że się kurwa rozpłaczę na miejscu, to nie miałam innego wyjścia, jak tylko zamknąć kundla w łazience, jedynym oszczędzonym pomieszczeniu, żeby w nic nie wlazł i nie roznosił na łapach (bo kretyn radośnie biegał dookoła mnie, ciesząc się z mojego powrotu) i zakasać rękawy. Tak więc, zużywając półtorej rolki papierowych ręczników,  trzy foliowe torby i sporo płynu do naczyń posprzątałam to, co leżało pozostawiane na podłodze, ogromnym wysiłkiem woli powstrzymując odruch wymiotny. Potem wyniosłam to do śmietnika, biegnąc, żeby chmura oparów unosiła się za mną, a nie wokół mnie. Później wróciłam do mieszkania, chociaż miałam ochotę już nie wracać i pojechać gdzieś bardzo, bardzo daleko. Pootwierałam wszystkie okna i balkon, umyłam psa, który cały czas siedział w łazience i jęczał od czasu do czasu, a kiedy już dało się go dotknąć bez większego obrzydzenia, wyprowadziłam go na spacer. Kiedy wróciliśmy ze spaceru, wzięłam mopa i porządnie umyłam podłogi. Potem wyszorowałam ręce, trzy razy.

Teraz siedzę w kuchni, która wywietrzyła się najszybciej, piję herbatę i zastanawiam się, czy zalatuje mi gównem dlatego, że niedokładnie umyłam podłogę, dlatego, że czegoś nie znalazłam i leży gdzieś jeszcze dla mnie jakaś niespodzianka, czy po prostu będzie mi tak już dziś śmierdzieć cały dzień i nic na to nie poradzę.

Chyba nieprędko znów pojadę do B. na noc, zostawiając w domu psa. Za wysoka cena, choćby nie wiem jak miły miał być wspólny wieczór i noc. Pass.

May. 13th, 2009

Egzamin (-19)

Przedwczorajszy egzamin bardziej przypominał pogawędkę przy herbacie niż cokolwiek innego. Egzaminatorzy uśmiechnięci, wyluzowani, zamiast zadawać pytania na temat pracy, którą pisałam -  wypytywali o różnice między szkolnictwem polskim i norweskim, o to, jak się ma to co robiliśmy przez ostatni semestr do naszych zajęć w Polsce, i co w nauce angielskiego sprawia Polakom najwięcej trudności, z punktu widzenia gramatyki i fonetyki. Zdziwieni, że przyszliśmy na egzamin bardziej formalnie ubrani - kilka dni wcześniej na pisemnym mieliśmy okazję zaobserwować, że Norwegowie przychodzą zdawać praktycznie tak, jak stoją, zdarza się, że w dresach. Wykładowczyni, z którą mieliśmy gramatykę, powiedziała, że pierwszy raz w życiu widziała na egzaminie studentów pod krawatem ;) Oczywiście było też kilka pytań merytorycznych, ale nie bardzo trudnych. Ogólnie wychodząc miałam ochotę pójść z odpytującymi mnie na kawę i jeszcze trochę pogadać, tacy byli sympatyczni :)

A właśnie, a na pisemnym egzaminie (który trwał 5 godzin) przysługuje wyjście nie tylko do toalety, ale również  na przykład po coś do jedzenia do kantyny albo na papierosa. Jeśli jakiś delikwent stwierdzi, że on by sobie teraz wyszedł na dymka, to jeden z pilnujących posłusznie bierze kurtkę i idzie poprzyglądać się, aż tamten spokojnie wypali :) Ktoś by spróbował w Polsce w czasie egzaminu podnieść rękę i powiedzieć, że chce wyjść na fajka, albo zawołać wykładowcę po imieniu ;)

May. 9th, 2009

Już? (-23)

No to mam sesję. Całe trzy egzaminy, jeszcze nigdy nie miałam tak mało ;) Ale za to spore. Jeden już za mną, dwa zostały. Jeden jest ustny i będą na nim pytania z gramatyki, fonetyki, readingu, z research paperu, który pisaliśmy i z systemu formatowania przypisów i bibliografii MLA. Trochę takie nie wiadomo co. Drugi to Cultural Studies, czyli historia, kultura i literatura Stanów Zjednoczonych - i tego się trochę boję, bo materiału było bardzo dużo (zeszyt A4 notatek z jednego semestru O.o z innych przedmiotów nie miałam notatek albo wcale, albo najwyżej pięć stron ;) Trzy tygodnie do wyjazdu, bilet powrotny już kupiony. Czas pędzi na złamanie karku. Szkoda tylko, że imprezy w Remmen właściwie się skończyły, jest dobrze, jeśli się trafi jakiś grill. Cały kwiecień w rozjazdach, dużo zwiedzania, myślę, że zrobię z tego po prostu osobny post. A na razie - wracam do norweskiego, jako że nie muszę już się go uczyć i robię to tylko dla własnej przyjemności, a inne egzaminy się zbliżają i to na nich powinnam się skupić ;)

Mar. 27th, 2009

I po wiośnie (-84)

Budzę się rano, wyglądam przez okno, a tu biało. Znowu śnieg wali. Powoli zaczynam mieć tego poważnie dosyć. Nie wiem czy się odważę w połowie kwietnia wysłać swoje zimowe buty do Polski :P

Z innej beczki: wczoraj w ramach praktyk mieliśmy dwie godziny obserwacji w miejscowym liceum. Znowu szok kulturowy. Już nawet nie chodzi o to, że szkoła duża, kolorowa i nowoczesna, chociaż przyznaję, że wywalona  w środku wielka szklana ściana, na którą nałożono ogromną, rozciągającą się na dwa piętra fotografię drzewa robi wrażenie - kosztowało to ponoć równowartość stu tysięcy złotych i zostało wykonane przez jakiegoś bardziej znanego artystę.

Chyba największą różnicą w porównaniu z naszymi szkołami jest atmosfera i stosunki panujące między nauczycielami i uczniami. Tutaj wszyscy są z założenia po imieniu - nie tylko na uniwersytecie, ale też w szkołach. Zdarza się, że kiedy uczeń ma problem z ćwiczeniem, które właśnie robi, nie podnosi ręki, tylko mówi: "Oi, Thomas!". I Thomas, nauczyciel angielskiego, wstaje, podchodzi, rozmawia, pomaga. Atmosfera jest luźna, ciche rozmowy raczej nie są uciszane. Kiedy zrobi się za głośno, wystarczy, że nauczyciel rzuci słowo czy dwa i robi się spokój. Dzwonków oczywiście nie ma. Nie ma kapci. Poza tym w czasie lekcji uczniowe korzystają z komputerów - używają słowników, edytora tekstów. Każdy uczeń na czas nauki dostaje od szkoły laptopa, którego po skończeniu ostatniej klasy może niedrogo odkupić. Nad każdą ławką zwisa z sufitu przedłużacz, do którego można podłączyć zasilacz, wszędzie bezprzewodowy internet. 

Z klasy do klasy przechodzi się niezależnie od uzyskanych ocen i zawalonych  testów - wszystko, czego się nie zaliczyło trzeba poprawić najpóźniej na koniec trzeciej, ostatniej klasy - oznacza to że można poprawiać klasówki z pierwszej klasy jakoś przed maturą. Ponoć są uczniowie, którzy pod koniec szkoły mają z tego powodu problem, bo przez trzy lata nie robili praktycznie nic i muszą ekspresowo nadrabiać. Z drugiej strony nie wiem, jak wyglądają inne przedmioty, ale jeśli chodzi o angielski to poziom jest wysoki. W pierwszej klasie liceum nie ma już praktycznie gramatyki, wszystko zostało przerobione wcześniej. Są tacy, których angielski nie jest gorszy od co po niektórych studentów kolegium, a kto wie czy nie lepszy  ;) Dzieciaki mają dobrą wymowę. Dominuje amerykański akcent.

Ogólnie wszyscy jesteśmy pod dużym wrażeniem i będziemy próbowali załapać się tu na więcej praktyk. Tak poza tym zbliża się nieubłaganie termin, kiedy trzeba będzie oddać literary essay, w związku z czym chyba posprzątam zaraz łazienkę zamiast pisać :]

Mar. 19th, 2009

W stronę wiosny? (-92)

Wczoraj kolejny bardzo ładny dzień, powietrze zaczyna już pachnieć wiosną a słońce naprawdę grzeje. Ludzie natychmiast wylegli na dwór, w przerwach między zajęciami ławki przed wejściem na uczelnię są okupowane. Olka znów zaczęła palić, wystawiamy się do słońca, ładujemy baterie i ona się truje, a ja się dotleniam :) Postanowiliśmy wczoraj wykorzystać pogodę i wybraliśmy się na zachód słońca na twierdzę (efekty tutaj). I bardzo dobrze zrobiliśmy, bo widok był piękny i było wesoło :D Chociaż muszę powiedzieć, że kiedy robi się ciepło zachody słońca zawsze strasznie mocno i boleśnie uświadamiają mi, jak szybko mija każdy moment - zwłaszcza, jeśli jestem z ludźmi których lubię i dobrze się bawię. Na szczęście nie miałam specjalnie czasu żeby wpaść w melancholię, bo po powrocie Damian oświadczył że dziś pijemy przywiezioną przez niego wódkę ;) Wyszła z tego impreza, która skończyła się koło północy tylko dlatego, że przyjechała policja i zaczęła świecić latarką po oknach :P Chyba nikt się dziś nie pojawił na porannych zajęciach :]




 

Mar. 13th, 2009

Dzień zero (-98)

Nadszedł dzień oddania pracy na Cultural Studies. Napisana. Poczekam jeszcze z godzinkę, niech się odleży na dysku i wyślę, deadline do 23:55 ;) Ciekawostka z życia w akademiku: jak mam słuchawki na uszach i nie słyszę co się dzieje, to i tak wiem, kiedy ktoś wchodzi do akademika - kiedy zamykają się drzwi wejściowe, biurko mi się trzęsie pod rękami ;] Kiedy się trzaśnie drzwiami, łóżka podskakują, a kiedy jest impreza, ściany się trzęsą. Quite literally.

Mar. 12th, 2009

Bzium... (-99)

Coś mi strasznie szybko czas ucieka ostatnio. Był poniedziałek, mrugnęłam i już jest czwartek. Może to mieć jakiś związek z tym, że jutro o 23:55 upływa deadline na wysłanie pracy, której wciąż jeszcze nie skończyłam ;) Na razie bojkotuję pisanie i obejrzałam odcinek "Dumy i uprzedzenia" z Colinem Firthem, którą znalazłam na uczelni :D Nasza biblioteka nie przestaje mnie zadziwiać. Właściwie za każdym razem jak tam jestem znajduję coś, czego już nie wypuszczam z rąk ;) A w ogóle, to chce mi się już wiosny. Wydawało się przez ostatnich kilka dni, że może powoli zacznie robić się  cieplej, ale nie. Dziś cały dzień znowu pada śnieg i nie zanosi się, żeby miał przestać. Cóż, mam tylko nadzieje, że nie zostanie tak do maja...

Mar. 9th, 2009

Długa bezsenna noc (-102)

Zapomniałam już jak to jest nie móc zasnąć. Do wpół do czwartej przewracanie się z boku na bok i trwanie w zawieszeniu między snem a czuwaniem. Później budzenie się kilka razy, zanim o 7:30 zadzwonił budzik. Wyłączyłam, spróbowałam spać dalej, ale nic z tego. Piasek pod powiekami.

Mar. 8th, 2009

Jedna z odwiecznych zagadek wszechświata (-103)

Zastanawiam się, jak to się dzieje, że niezależnie od tego, ile mam wolnego czasu, to i tak zawsze jest go za mało? :P

Feb. 22nd, 2009

Snowboard! ^^ (-117)

Wczoraj całodniowa wycieczka na stok. Pierwszy raz w życiu miałam na nogach snowboard :D Najbardziej cieszę się z tego, że udało mi się wrócić w jednym kawałku, uniknąwszy połamanych kończyn i skręconego karku :D Padałam oczywiście więcej razy, niż jestem w stanie policzyć i 99% prób hamowania kończyło się na tyłku, ale za to jak ze dwa razy udało mi się zwolnić, zahamować i USTAĆ, to dopiero była satysfakcja :D Strasznie podoba mi się to że, wprawdzie nie mam jeszcze kontroli nad deską i bardziej to ona kontroluje mnie, ale czuję, że kiedy człowiek wie jak, to naprawdę da się tym sterować. I kiedy już się potrafi jeździć, to się wygląda tak super fajnie ;) I jeszcze podoba mi się, że przy hamowaniu naprawdę wzbija się fontanny śniegu i tak fajnie to wygląda, i ja też wzbijałam! I parę razy, kiedy próbowałam się zatrzymać i leciało tego śniegu szczególnie dużo, leżałam potem na plecach, wyglądałam jak bałwan, zasypana od góry do dołu i sama się z siebie śmiałam :) I śmiałam się z własnych upadków, prawie że jeszcze w locie i potem leżąc, kiedy uświadamiałam sobie, jak właśnie wyglądam i w jaki sposób poleciałam :D Więc tak, chyba można powiedzieć, że mi się spodobało i bawiłam się świetnie. Wprawdzie dziś muszę uważać, w jaki sposób siadam i chyba nie ma mięśnia, który by mnie nie bolał, ale to wszystko drobiazgi :D Może w weekend za tydzień znowu pojedziemy grupą, tym razem zobaczyć stok w pobliskim Sarpsbørgu - czy da się tam jeździć, ile to kosztuje i czy wypożyczają sprzęt. A w kwietniu jedziemy z Olą do Trondheim, bilety i hostel już zaklepane :D

Feb. 11th, 2009

Twierdza (-128)

Taki piękny dzień był dzisiaj, że z Olą i Sylwią nie udało nam się dotrzeć na gramatykę i zamiast tego zrobiłyśmy sobie wreszcie wyprawę na twierdzę na wzgórzu :) Śnieg leży i wciąż jeszcze się nie stopił, jest kilka stopni na minusie... I do tego świeci słońce - samo to wystarczało nam dziś żeby głupieć z radości. Po prostu nie dało się wysiedzieć na uczelni. Efekty można oglądać tutaj A tu jedno na zachętę:



 
W ostatni piątek byliśmy w akademiku u Francuzów, którzy zaprosili nas na kolację. W sobotę z tymi samymi Francuzami piliśmy u nas wódkę przywiezioną z Polski przez siostry Kasi, a potem poszliśmy do miejscowego pubu. Poza tym  nie dzieje się zbyt wiele, co mi w gruncie rzeczy bardzo odpowiada. Tu trochę poczytam do pracy, którą mamy do napisania, tam trochę dla przyjemności, sporo czasu spędzam słuchając muzyki i oodpooczyywaam :D
 

Feb. 8th, 2009

Dzisiejsze śniadanie sponsoruje pasztet z dzieci (-131)



Feb. 4th, 2009

Norwegia... (-135)

Może jednak zobaczę jak wygląda norweska zima, temperatura od kilku dni utrzymuje się poniżej zera, a dziś zaczął padać śnieg. Ja wprawdzie już właściwie wyszłam ze swojego przeziębienia, ale za to połowa wycieczki się po kolei rozłożyła w ciągu ostatnich dwóch czy trzech dni. Niech się lepiej biorą w garść i zdrowieją, bo 21-ego mamy zorganizowaną przez uczelnię całodniową wyprawę na narty albo snowboard, co kto woli. Zdecydowałam się na snowboard; jestem trochę przerażona, bo w życiu go nie miałam na nogach, ale przynajmniej nie będę jedyna :) Cała wycieczka łącznie z wypożyczeniem sprzętu jest totalnie za darmo, może na nią pojechać każdy student z wymiany zagranicznej. Norwegia...

Wzięłam się dziś wreszcie za jedną z niewielu rzeczy, które mamy tu do zrobienia na uczelni, to znaczy za research paper. Do 10 lutego mamy zdecydować się na któryś z podanych tematów, więc pomyślałam sobie, że może popatrzę trochę po materiałach, żeby się nie okazało, że nie będę miała na podstawie czego pisać. Chyba stanie na temacie o włoskich imigrantach w Stanach - kiedy najwięcej ich napłynęło, dlaczego, czym charakteryzuje się ich społeczność, ich wpływ na amerykańską kulturę, takie różne. Temat o ethnic minorities mi się generalnie podobał od początku, ale zaczęłam bardzo mocno skłaniać się w stronę właśnie Włochów, kiedy wczoraj Ola posadziła mnie na pupie i pokazała na youtube film sklejony z fragmentów różnych części "Ojca Chrzestnego" ;) Co tam Meksykanie i Irlandczycy, kiedy można pisać o Sycylijczykach ;) Na sam wybór tematu dostaliśmy prawie miesiąc, a gotową pracę (o objętości 10 stron, więc nie jakoś monstrualnie) mamy oddać jakoś w okolicach połowy marca. Norwegia...

A poza tym wracając do domu zahaczyłam o supermarket i za dwa grejpfruty, trochę bananów, trzy kiwi, opakowanie Strepsilsu dla Oli (który tutaj nazywa się Repsils ;) i trochę żelek zapłaciłam równowartość 50 zł... Norwegia :P

Jan. 23rd, 2009

Raz tak, raz tak (-147)

I znów spadło trochę śniegu. Rano trzeba było się przyjrzeć, żeby zobaczyć, w którym miejscu kończy się ośnieżony dach akademika naprzeciwko i zaczyna białe jak kartka papieru niebo. Jakby ktoś zapomniał domalować tło na obrazku. Tylko czekać, aż wszystko znowu się stopi, na termometrze 1°C. I tak w kółko. Nie, zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie norweską zimę ;) Ale nie narzekam. Kilka zrobionych dziś zdjęć tutaj.

Jan. 21st, 2009

Mokro (-149)

Przygotowałam się mentalnie, że tu sobie tyłek odmrożę i że będzie prawdziwa zima, a od paru dni jest jeden wielki roztop, mokro, śnieg się stopił i zostały tylko zdradliwe łaty lodu, na których można sobie zęby wybić jak człowiek nie uważa. Z uwagi na pogodę zwiedzanie ostatnio nie specjalnie wchodziło w grę, stąd brak nowych zdjęć. Tak poza tym to właściwie mamy tu wakacje, zajęcia w większości są tragiczne i totalnie cofające w rozwoju. Wykładowca od fonetyki wygląda jak żółw, który nie bardzo wie, gdzie jest, i dlaczego się tu znalazł. Niestety jego pojęcie o angielskiej fonetyce też nasuwa skojarzenia z żółwiem. Jak na razie wygląda na to, że jedynymi fajnymi zajęciami, na których się czegoś dowiemy będą Culture Studies. Wprawdzie są o USA, a nie UK, więc nie mój kierunek, ale z drugiej strony to może i dobrze. Dowiem się rzeczy, na które na własną rękę i dobrowolnie nigdy bym nie trafiła, a które warto wiedzieć ;) A poza tym to mnie chyba łapie przeziębienie, więc idę sobie zrobić herbatę, książka w łapę i myk na łóżko :)

Jan. 15th, 2009

Drugi dzień słońca (-155)

Ponieważ dzisiaj znów było słonecznie, postanowiłam wykorzystać pogodę zanim się zmieni i zrobić trochę zdjęć. Efekty tutaj. Niestety dziś tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że zdecydowana większość zajęć tutaj będzie zwyczajnie stratą czasu. Jeśli źle pójdzie, wszystkie oprócz jednych. Na Culture Studies może wreszcie dowiem się wszystkich tych rzeczy o Stanach, których powinnam była nauczyć się dawno, ale które przeleciałam po łebkach. Tym bardziej tęsknię za kolegium i wartościowymi zajęciami. Kto by pomyślał?

Jan. 14th, 2009

Byłam w Szwecji :D (-156)

Po dzisiejszych zajęciach z gramatyki i fonetyki doszłam do smutnego wniosku, że nie tylko zanudzę się tu na śmierć, przynajmniej jeśli chodzi o te dwa przedmioty, ale prawdopodobnie do tego cofnę się w rozwoju :P Nie jest dobrze. Pierwszy raz zatęskniłam za naszym kolegium, kiedy pomyślałam sobie, że jakaś grupa u nas ma pewnie teraz zajęcia z Carrem i dobrze się bawi, a inna z Daviesem i naprawdę uczy się czegoś fajnego... Plus jest taki, że nie istnieje tu zjawisko obecności i nieobecności, bo na zajęcia nie trzeba chodzić jeśli się nie chce, wystarczy zaliczać testy :] Tak więc z Maćkiem i Pawłem nie dotarliśmy na drugą połowę zajęć z gramatyki i zamiast tego zabraliśmy się z dwójką znajomych Norwegów, Andreasem i Marią, samochodem na zakupy do Szwecji. Wystarczy jechać jakieś 20 minut, żeby sporo taniej kupić masę rzeczy, przede wszystkim alkohol i mięso. Wróciliśmy obładowani jak wielbłądy, a Maria na dobre zakończenie pod akademikiem zatrzasnęła kluczyki w samochodzie :)

A z innej beczki: dziś był śliczny, słoneczny dzień prawie że bez chmurki na niebie. Dopiero widzę, jak tu jest ładnie. Jeśli tylko pogoda nie popsuje się do piątku, porobię  więcej zdjęć. W słońcu wszystko wygląda tu inaczej :)

Zdjęcia z podróży można zobaczyć tu: http://picasaweb.google.pl/mojedrugieja/WDrodzeDoHalden#

Previous 20

Advertisement

Customize