You are viewing [info]mojedrugieja's journal

Previous 10

Aug. 18th, 2010

It's been a long time since I've seen you smile

Wczoraj rewelacyjny koncert Beirut. To jest muzyka przeznaczona do tego, żeby ją grać, żeby słuchać jej na żywo. Przeniosło mnie na Bałkany, do gajów oliwnych z kamiennymi murkami wybielonymi przez słońce, do rozgrzanych zboczy wibrujących brzęczeniem cykad i do cienkiego, kwaskowatego białego wina. Za oknem za to szaro, temperatura od wczoraj spadła chyba z dziesięć stopni. Najchętniej spakowałabym się już, teraz, natychmiast i ruszyła na południe. Jeszcze trochę cierpliwości...

Aug. 15th, 2010

Szczęśliwa :)

Polska temperaturowo zrobiła się zupełnie nie-polska. Zapachy naprawdę zaczynają przypominać te południowe. Niedaleko, przy ogrodzeniu osiedla, rosną iglaki. Rozgrzane słońcem pachną Sycylią. Lubię tamtędy przechodzić. Wszyscy narzekają, a mój wewnętrzny jaszczur się cieszy i wyciąga mnie na słońce. Pewnie, że gorąco. Pewnie, że trochę duszno. Ale o ileż to lepsze od szarego nieba i zawijania się w kolejne warstwy ubrań :)

Aug. 13th, 2010

Zainspirowana :)

Postanowiłam chyba pobić rekord w niepisaniu :) Nieprzeparta chęć powrotu do bloga naszła mnie po przeczytaniu o najpiękniejszej kocie świata i po obejrzeniu jej zdjęć. Moja rodzina wprawdzie się nie powiększyła, ale i tak dzieje się sporo.

Przede wszystkim od blisko pół roku odkrywam uroki (i nieuroki ;) planowania, urządzania, rozrysowywania i poprawiania nowego mieszkania, a także denerwowania się na: robotników, którzy pracują za wolno albo wcale; sklepy internetowe, które przeciągają terminy dostawy i nie informują, że NO PRZECIEŻ oni domyślnie WSZYSTKIE drzwi robią z otworem na rozetę dolną pod klamką i jeśli nie chciałam klucza, to trzeba było o tym powiedzieć OD RAZU! (znaczy zanim wywalili w NASZYCH drzwiach dziurę, której już niestety, kurczę, zakleić się nie da... no i będzie klucz) i na nasze wieczne niezdecydowanie, które powoduje, że koncepcje zmieniają się jedna po drugiej, z dnia na dzień, kompletnie, i trzeba zaczynać planowanie od początku. Odrzucone pomysły, które jeszcze przed chwilą mieliśmy wprowadzać w życie (w mieszkanie?) z chwilą kiedy tylko z nich rezygnujemy stają się beznadziejne, kiczowate, bez sensu i w ogóle gdzie mieliśmy oczy, że mogliśmy o czymś takim pomyśleć?? ;) Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kiedy mieszkanie się już wykończy, nie dojdziemy do wniosku, że wszystko nie tak, zrywamy i robimy jeszcze raz :D

Poza tym obroniłam się i od lipca oficjalnie jestem nauczycielką angielskiego (liczy się, mimo że dyplom jeszcze leży w sekretariacie, prawda?) Może nie brzmi to jakoś szczególnie dumnie, ale ja czuję się całkiem dumna :) Teraz przede mną jeszcze tylko rok japonistyki. Japonistyka, proszę państwa, zajęła w moim rankingu pierwsze miejsce w dziedzinie chaosu panującego w sekretariacie i ogólnie na całym kierunku, ale w tej chwili nawet nie chce mi się o tym pisać, może kiedyś :) Póki co cieszę się latem w pełni i szalonymi upałami, starając się nie zwracać uwagi na hałas i smród dobiegający z rozbudowującej się stacji technicznej metra i czekam na wrzesień, kiedy na dwa tygodnie zawiniemy się, znikniemy i będziemy daleko, daleko :)

Dec. 30th, 2009

(no subject)

Długie dwa miesiące, które minęły od czasu kiedy ostatnio pisałam, minęły jakoś tak nie wiadomo kiedy. Na chwilę się odwróciłam i zrobiło się dzisiaj. Listopad i grudzień upłynęły mi na praktykach, chodzeniu  na uczelnię, szukaniu materiałów do licencjatu. Właśnie powinnam uzupełniać portfolio na seminarium i czytać na najbliższe poniedziałkowe zajęcia, czasu coraz mniej, a liczba stron wciąż pozostałych do przeczytania jakoś nie bardzo maleje. Okazuje się, że jak zwykle kiedy jest coś do wyboru, wybrałam sobie tak, żeby mieć pod górkę. Seminarium, mam na myśli. Na początku roku mogłam wybrać na promotora: a) jakiegoś leniwego, przyjaznego studentom ćwierć-intelektualistę, u którego nie musiałabym się zbytnio wysilać, i który miałby mnie w mniej więcej takim samym poważaniu, co ja jego; albo b) inteligentnego, ambitnego, acz nieco nieprzewidywalnego wykładowcę, który żyje tym, czego uczy i to, co piszą jego seminarzyści ma dla niego znaczenie. Jak to ja, hej-do-przodu!, ambitnie się wpakowałam. Pewnie, rozwinę się dzięki temu intelektualnie i może nawet napiszę pracę, która będzie się trzymała kupy, same plusy, ale... tak przeokropnie mi się nie chce. ;) Zdecydowanie wolałabym zagłębić się w muzykę i jakąś miła lekturę, w miarę możności niezwiązaną z semiotyką ;) Po świętach kolejka książek czekających na przeczytanie jeszcze się wydłużyła i kusi, kusi...

A propos książek - odkryłam ostatnio angielską księgarnię internetową, która nie pobiera żadnych opłat za wysyłkę, a ceny ma empikowe albo i niższe. Sprawdzona, działa, zamówiłam przed świętami dwie książki, jedna dotarła po 10 dniach od kliknięcia, druga po 15. Rzeczywiście żadnych dodatkowych opłat. Jestem zachwycona i w głowie już sobie układam kolejne zamówienie, całe napakowane pozycjami, o dostaniu których można w Polsce tylko pomarzyć. Księgarnia nazywa się The Book Depository i z całego serca mogę polecić ją wszystkim, którzy mają ochotę poczytać po angielsku, a odstraszają ich amazonowe opłaty za shipping, nieraz dorównujące wysokością wartości zamówionych książek :)

Czytam: Daniel Chandler - Semiotics - The Basics

Oct. 22nd, 2009

Niespodziewanka

Stwierdziłam dziś z niemałym zdumieniem, że w gruncie rzeczy, to te praktyki w szkole całkiem mi się podobają. O dziwo nienajgorzej się bawię przy ich okazji i nawet sprawia mi to wszystko jakaś tam radość. Samo przygotowywanie lekcji jest do bani, za to prowadzenie ich w klasie, na żywych eksponatach ;) to czasem całkiem niezła zabawa. Nie na tyle może, żeby zaraz lecieć zostawać nauczycielem, bez przesady, ale na pewno jest dużo lepiej, niż się spodziewałam. Dzieciaki w gruncie rzeczy są w porządku ("dzieciaki"... liceum, dorośli ludzie prawie, ahem ;). Niektóre grupy nieco trudniejsze w obsłudze i ciężej je rozruszać, ale z kolei z innymi sama radość, współpracują, a lekcja właściwie sama się prowadzi. Ogólnie wychodzę ze szkoły naładowana pozytywną energią tak, że aż się sobie sama dziwię :) Natomiast wiem już, że nie będę więcej po nocy przygotowywać lekcji na następny dzień, wstawać na zombiaka i wychodzić z domu po omacku - dzisiaj zasuwałam w okienku (miałam szczęście, że było!) do domu po handouty, które grzecznie czekały na mnie na drukarce, tak jak je tam zostawiłam wczoraj. Zdążyłam na styk. Do powtórki z rozrywki jakoś mi się nie spieszy :)

Sep. 28th, 2009

Praktyki

Pierwsze doświadczenie z praktykami w szkole - prawdziwymi, nie obserwacjami - już za mną. Poprowadziłam tylko dwa warm-upy, a i tak się zmęczyłam :) Pierwsza grupa była super i poszło jak po maśle, byli zainteresowani i w ogóle entuzjastycznie reagowali, zero problemów. Z drugą było trochę ciężej, nie wszyscy byli chętni do współpracy, ale jakoś poszło. Cieszę się, że na pierwszej godzinie trafiłam na grupę "łatwiejszą w obsłudze", bo dzięki temu na drugiej już byłam mniej zestresowana. Jak już się zacznie, to naprawdę to wszystko robi się mniej straszne ;)

Sep. 26th, 2009

Wspominki

Zupełnie nie-letnia temperatura sprawiła, że zatęskniło mi się za Chorwacją. Tydzień, który tam spędziliśmy w sierpniu utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma drugiego kraju z tak wspaniałym klimatem. Ciepło, ale nie tak gorąco jak w Grecji i nie tak wilgotno jak w Turcji. Dużo słońca, które grzeje, ale nie pali tak, jak bardziej na południu. Adriatyk, z przejrzystą wodą w kolorach od błękitu po zieleń. Wszędzie rosną oliwki, winogrona, granaty, figi. Cienkie, lekko kwaskowe białe wino, które można rozcieńczyć wodą i pić prawie jak oranżadę w ciepłe wieczory i noce, kiedy nie marznie się nawet w naprawdę cienkim ubraniu. Słodkie, soczyste owoce. Język momentami tak podobny do naszego, że można poczuć się u siebie, mając jednocześnie w zasięgu wzroku palmy.  Piękne starówki. Kamienice, przywodzące na myśl średniowiecze i miasta z wąskimi uliczkami, ściśnięte w obrębie murów. Wystarczy wejść w podwórka, żeby opuścić gwarną turystyczną strefę i znaleźć ciszę i chłód. Jedyna rzecz, której mi w Chorwacji brakuje, to naprawdę dobre jedzenie. Wszędzie jakieś takie... przeciętne, czegoś mu brakuje. I tu mogłabym płynnie przejść do tematu Japonii, gdzie jedzenie po prostu mnie zachwyciło. Ale to już temat na zupełnie inny, oddzielny wpis :) Dla tych, którzy chcą zobaczyć trochę więcej Chorwacji niż poniżej - link tutaj.












Sep. 17th, 2009

O tym, co wydarzyło się dziś rano

 Już od dwóch czy trzech dni nosiłam się z zamiarem napisania czegoś. Chciałam opisać podróż do Japonii i do Chorwacji, zaczęło się też coś dziać na uczelni. O tym pisałabym wczoraj. Ale dzisiaj... dzisiaj będzie o czym innym.

Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj wieczorem wyprowadziłam psa na spacer, a potem pojechałam do B. na noc. Miło spędziliśmy wieczór oglądając dwa odcinki serialu i wypijając po kieliszku wina, a rano, chociaż byliśmy niezbyt wyspani, to jednak uśmiechnięci. B. zjadł ze smakiem przygotowane przeze mnie kanapki, wypił herbatę, po czym pocałowawszy mnie na pożegnanie poszedł do pracy, ja natomiast zadowolona ruszyłam w drogę do domu, żeby znów wyprowadzić mojego pupila. Cieszyłam się rześkim, chłodnym powietrzem i słuchałam mojej ulubionej piosenki. Jednak w domu, kochany Pamiętniczku, zastałam niemiłą niespodziankę.

Okazało się, że pod moją nieobecność jebany sierściuch zostawił w czterech pokojach pięć potwornie śmierdzących gówien, w przewadze rzadkich, o najróżniejszych rozmiarach.  I chociaż, kochany Pamiętniczku, myślałam, że się kurwa rozpłaczę na miejscu, to nie miałam innego wyjścia, jak tylko zamknąć kundla w łazience, jedynym oszczędzonym pomieszczeniu, żeby w nic nie wlazł i nie roznosił na łapach (bo kretyn radośnie biegał dookoła mnie, ciesząc się z mojego powrotu) i zakasać rękawy. Tak więc, zużywając półtorej rolki papierowych ręczników,  trzy foliowe torby i sporo płynu do naczyń posprzątałam to, co leżało pozostawiane na podłodze, ogromnym wysiłkiem woli powstrzymując odruch wymiotny. Potem wyniosłam to do śmietnika, biegnąc, żeby chmura oparów unosiła się za mną, a nie wokół mnie. Później wróciłam do mieszkania, chociaż miałam ochotę już nie wracać i pojechać gdzieś bardzo, bardzo daleko. Pootwierałam wszystkie okna i balkon, umyłam psa, który cały czas siedział w łazience i jęczał od czasu do czasu, a kiedy już dało się go dotknąć bez większego obrzydzenia, wyprowadziłam go na spacer. Kiedy wróciliśmy ze spaceru, wzięłam mopa i porządnie umyłam podłogi. Potem wyszorowałam ręce, trzy razy.

Teraz siedzę w kuchni, która wywietrzyła się najszybciej, piję herbatę i zastanawiam się, czy zalatuje mi gównem dlatego, że niedokładnie umyłam podłogę, dlatego, że czegoś nie znalazłam i leży gdzieś jeszcze dla mnie jakaś niespodzianka, czy po prostu będzie mi tak już dziś śmierdzieć cały dzień i nic na to nie poradzę.

Chyba nieprędko znów pojadę do B. na noc, zostawiając w domu psa. Za wysoka cena, choćby nie wiem jak miły miał być wspólny wieczór i noc. Pass.

May. 13th, 2009

Egzamin (-19)

Przedwczorajszy egzamin bardziej przypominał pogawędkę przy herbacie niż cokolwiek innego. Egzaminatorzy uśmiechnięci, wyluzowani, zamiast zadawać pytania na temat pracy, którą pisałam -  wypytywali o różnice między szkolnictwem polskim i norweskim, o to, jak się ma to co robiliśmy przez ostatni semestr do naszych zajęć w Polsce, i co w nauce angielskiego sprawia Polakom najwięcej trudności, z punktu widzenia gramatyki i fonetyki. Zdziwieni, że przyszliśmy na egzamin bardziej formalnie ubrani - kilka dni wcześniej na pisemnym mieliśmy okazję zaobserwować, że Norwegowie przychodzą zdawać praktycznie tak, jak stoją, zdarza się, że w dresach. Wykładowczyni, z którą mieliśmy gramatykę, powiedziała, że pierwszy raz w życiu widziała na egzaminie studentów pod krawatem ;) Oczywiście było też kilka pytań merytorycznych, ale nie bardzo trudnych. Ogólnie wychodząc miałam ochotę pójść z odpytującymi mnie na kawę i jeszcze trochę pogadać, tacy byli sympatyczni :)

A właśnie, a na pisemnym egzaminie (który trwał 5 godzin) przysługuje wyjście nie tylko do toalety, ale również  na przykład po coś do jedzenia do kantyny albo na papierosa. Jeśli jakiś delikwent stwierdzi, że on by sobie teraz wyszedł na dymka, to jeden z pilnujących posłusznie bierze kurtkę i idzie poprzyglądać się, aż tamten spokojnie wypali :) Ktoś by spróbował w Polsce w czasie egzaminu podnieść rękę i powiedzieć, że chce wyjść na fajka, albo zawołać wykładowcę po imieniu ;)

May. 9th, 2009

Już? (-23)

No to mam sesję. Całe trzy egzaminy, jeszcze nigdy nie miałam tak mało ;) Ale za to spore. Jeden już za mną, dwa zostały. Jeden jest ustny i będą na nim pytania z gramatyki, fonetyki, readingu, z research paperu, który pisaliśmy i z systemu formatowania przypisów i bibliografii MLA. Trochę takie nie wiadomo co. Drugi to Cultural Studies, czyli historia, kultura i literatura Stanów Zjednoczonych - i tego się trochę boję, bo materiału było bardzo dużo (zeszyt A4 notatek z jednego semestru O.o z innych przedmiotów nie miałam notatek albo wcale, albo najwyżej pięć stron ;) Trzy tygodnie do wyjazdu, bilet powrotny już kupiony. Czas pędzi na złamanie karku. Szkoda tylko, że imprezy w Remmen właściwie się skończyły, jest dobrze, jeśli się trafi jakiś grill. Cały kwiecień w rozjazdach, dużo zwiedzania, myślę, że zrobię z tego po prostu osobny post. A na razie - wracam do norweskiego, jako że nie muszę już się go uczyć i robię to tylko dla własnej przyjemności, a inne egzaminy się zbliżają i to na nich powinnam się skupić ;)

Previous 10